sobota, 4 maja 2013

Szkoła uwodzenia cz.II

      

   Czym był bliżej centralnego campusu tym ogromny budynek coraz bardziej go przytłaczał. „Przyzwyczaję się, przyzwyczaję się” powtarzał sobie w duchu, aby tylko te wszystkie napuszone pawie mu nie utrudniały życia to będzie do wytrzymania w tym miejscu.Poprawił pasek od torby i ciągnął swoją walizkę, której kółka wydawały nieprzyjemny odgłos na asfalcie ulicy, którą nikt nie jeździł. Droga prowadziła tylko w jednym kierunku, jakby wędrowiec nie miał wyjścia tylko kroczyć do głównego wejścia Bedford. Wszystko tutaj było trochę odrealnione i te budynki jak z ilustracji książeczki z bajkami i te trawniki równo przystrzyżone, ładnie i czysto, trochę nieprawdziwe .To zupełnie inny świat, po szarym i nieuporządkowanym Londynie. Przypomniał sobie najlepsze miejsca w których ostatnio bywał i sam do siebie zaczął się śmiać, tak on zdecydowanie jest z innego świata. Nagle uświadomił sobie coś bardzo ważnego, musi się  przestawić na specjalne artykułowanie dźwięków. Ojciec miał rację cockneyem to sobie może w domu pogadać ewentualnie ze znajomymi, ale jego elegancki arystokratyczny akcent, który był wynikiem wielomiesięcznych ćwiczeń, otworzył mu już wiele drzwi, tutaj był niezbędny. Na szczęście nie miał problemów z naśladowaniem dźwięków, ale tym razem będzie musiał się podwójnie pilnować, w tym miejscu jego język nigdy nie będzie wolny. Od tego czy będzie kontynuował tą maskaradę z wielce arystokratyczną rodziną zależy przecież czy zostanie w tej szkole. A to było jego marzenie by dostać się na najlepszą uczelnie. Miał plan, który rodził się w nim od dwóch lat, już dokładnie wiedział co chce robić w przyszłości więc nic i nikt nie stanie mu na drodze.

   Odruchowo przyklepał włosy żeby za bardzo nie starczały, kiedy zobaczył małą grupkę młodszych od niego chłopców rozmawiających tuż przy ogromnych drzwiach. Postanowił zapytać ich  gdzie są biura szkoły.
- Witajcie – zawołał z daleka- Szukam biura.
Tamci oderwali się od swojej rozmowy i spojrzeli na niego ze zdziwieniem. Tak z pewnością wyglądał jak ET, który przed chwilą wylądował. Oni jednakowi ziemianie, on ten inny. Jeden z chłopców postawił nogę na schodku  i lekko wychylając się zza gzymsu ,ręką wskazał mały budynek, tuż za dziedzińcem. Ponieważ tamci się nie odzywali, tylko spoglądali na niego jak na dziwadło, Wiktor też nie miał zamiaru za nic im dziękować, ruszył bez słowa we wskazanym kierunku. Wkroczył na dziedziniec, gdzie się roiło od uczniów w różnym wieku, gwar śmiech i przepychanki. Normalna przerwa, stwierdził z zadowoleniem Vicky. Tuz przy nim zmaterializował się chłopak na rowerze. Tym razem nie musiał nic mówić bo tamten zaczepił go pierwszy.
- Jesteś nowym chłopakiem, który będzie pomagał Johanowi?
Wiktor zrobił zdziwioną minę i zatrzymał się na chwilę. Osłonił ręką oczy od słońca bo nie mógł wprost spojrzeć na rudoblond rowerzystę, promienie oślepiały go w tej chwili.
- Jakiego Johana?
- Ogrodnika – poinformował go zadowolony chłopak- Nie wiesz gdzie będziesz pracował?
- Bynajmniej- znudzonym głosem odpowiedział Wiktor, ale właśnie wszystko zaczęło się w nim gotować- Mógłbyś mi wskazać biuro szkoły, John?
- Ja nie jestem John- tamten się oburzył- mam na imię Cliford i proszę aby w taki sposób się do mnie zwracano.
Och, właśnie otrzymał pierwszą lekcję z jakimi ludźmi będzie miał do czynienia. Luz i swoboda, która królowała w jego życiu przez ostatni rok nagle miała się ulotnić na rzecz, sztywnego konformizmu żywcem wyjętego sprzed stu lat. Mamy już dwudziesty wiek, chciał krzyknąć do tamtego a ja nie jestem twoim sługusem. Powstrzymał się, zacisnął wargi i bez słowa minął właściciela rudoblond czupryny.  Po chwili stał już przed białym małym budynkiem, który wyglądał jak z klocków w porównaniu z główną siedzibą szkoły. Pokonał kilka schodków mając nadzieje, że kogoś jeszcze zastanie o tej porze. I rzeczywiście miał szczęście, sekretarka siedziała za biurkiem i wybijała rytm palcami na maszynie. Zostawił walizkę i torbę przed drzwiami i grzecznie chrząknął w progu
- Taaaa? – otyła kobieta koło sześćdziesiątki nie oderwała nawet na sekundę wzroku od tego co pisze.
- Czy mógłbym prosić o przydział mojego nowego lokum- Wiktor użył swojego najbardziej słodkiego głosiku , który i tym razem poskutkował. Sekretarka zerknęła na niego znad okularów. Zmarszczyła brwi widocznie niezbyt zadowolona tym co ujrzała.
- Jesteś nowym uczniem, czy to jakiś objazdowy cyrk?- upewniła się
Zapewnił ją, że jest nowym uczniem i próbował się uśmiechnąć, choć wzmianka o cyrku była co najmniej niegrzeczna. Zapytała go o nazwisko a potem zniknęła na dobre kilka minut w pokoju obok. Wiktor ciekawie rozglądał się po starym biurze, którego centralne miejsce zajmowało ogromne, ciężkie biurko. Po bokach stały dwa imponujące regały z pięknie rzeźbionymi bokami. One są stworzone by przechowywać w nich tylko stare szacowne dzieła, pomyślał Wiktor,  takie których przesłanie nigdy nie przeminie, a ludzkość już wiecznie będzie się nimi zachwycać.  Zamiast historycznych woluminów, cały wystrój psuły kolorowe segregatory. Samo biuro robiło jednak ogromne wrażenie na chłopaku. Vicky wciągnął powietrze by poczuć zapach tych wszystkich wieków które kryły się w zakamarkach tego pokoju.
Po chwili sekretarka wróciła z naręczem kartek i tekturek.
- Tydzień spóźnienia- znowu zacisnęła usta i chyba miała ochotę pogrozić mu placem ale jedynie machnęła plikami które miała do przekazania nowemu uczniowi
- To jest numer twojego pokoju, dwójka – wyjaśniła zwięźle- To jest kartka do stołówki, to jest karta zakwaterowania wróć z nią jutro jak wypełnisz- przekładała kolejne kartoniki- To jest talon na mundurki w garderobie, poprawki też tam możesz zrobić jak coś nie będzie pasowało, to jest lista sprawności, to jest kartka do pielęgniarki, to jest lista klubów, to jest regulamin Bedford, przeczytać i podpisać wrócić do mnie, to jest talon na przybory higieniczne…
Wiktor już w połowie tego monologu zapomniał do czego służy kolejny kartonik miał tylko nadzieję, że wszystko jest opisane. Podrapał się w głowę.
Sekretarka czujnie zerknęła na jego włosy i jej palec wystrzelił w ich kierunku
- Obciąć do pożądanej długości, fryzjer jest w środy- poinformowała zwięźle
- Ale…  
- Regulamin - wskazała na maczkiem zapisaną kartkę
 – Ale… próbował dalej Wiktor- To jest uzgodnione z dyrektorem, ja muszę mieć trochę dłuższe włosy.
Sekretarka otworzyła usta i cofnęła się do teczki z wymalowanymi równiutko literami Wiktor James Hamilton. Przewróciła papiery i z satysfakcją zwróciła się do niego.
- Nie oszukuj- teraz powiedziała stanowczo – Niczego tu takiego nie ma, a kłamstwo- znowu utkwiła wzrok w kartce z regulaminem- Jest tutaj surowo karane.
- Ale…. – Wiktor znowu próbował, ale chyba starsza pani była zaprawiona w bojach z podrastającymi chłopakami wcale nie wyglądała na taką która miałaby zmienić zdanie. 

Vicky tylko dodał na pożegnanie „Jutro to wyjaśnię”. Skłonił się nisko podziękował  i z naręczem kartek które mu nie ułatwiały dźwiganie bagażu ruszył na poszukiwanie pokoju. Swojego nowego mieszkania na co najmniej kilka miesięcy. Tym razem spacer miał być o wiele dłuższy, wszedł w  boczną uliczkę , szukając domu o nazwie Bromham. Kierowano go do dość wysokiej budowli z czerwonej cegły.  Stanął przyglądając się staremu budynkowi, zaś grupka uczniów przyglądała się jemu. Uśmiechnął się do nich.
- Hej- krzyknął jeden – będziesz z nami mieszkał?
Wiktor uśmiechając się kiwnął głową
- Ooo – wyrwało się z kilku gardeł- Naprawę tamten podszedł do niego bliżej. Jestem Charles, a to Jhonny
- Witajcie jestem Wiktor.
Inni zaczęli się przedstawiać ale z pewnością miałby trudności z zapamiętaniem innych imion.
Mały chłopak o imieniu Ben, złapał go za rękaw kurtki
- Niesamowita- dotykał w zachwycie- Co to za super skóra i w ogóle super kurtka.
Wiktor z zadowoleniem przygryzł wargę i się uśmiechnął
Chciał już krzyknął „Stary to jest po prostu zajebiaszczy styl” ale ugryzł się właśnie ponownie w wargę i klepnął małego Ben’a
- Poznałeś się, nie ma co, to najlepszy dom mody na lewym brzegu.
Pozostali ponownie wydali z siebie wielkie „oooo” co Wiktora tylko wprawiło w stan zadowolenia nadmiernego. Postawił przed chwilą przylizane włosy.
- A jaka walizka – zachwycał się Ben- Nigdy takiej nie widziałem.
- Walizka jest beznadziejna – zawyrokował Jhonny – Chciałbyś z taką chodzić po ulicy, mały?
- Nie – przyznał mu rację Ben, ale nadal jak urzeczony wpatrywał się  tym razem w samego Wiktora.- Masz niesamowite oczy- stwierdził nabożnym tonem wpół  szepcząc na wpół modląc się w kierunku Wiktora, widocznie zachwycał się wszystkim natychmiast i szczerze co tylko mu się podobało. Strasznie spodobał się Wiktorowi ten mały, który ma tak świetny gust. Nachylił się więc w kierunku Bena i powiedział.
- A ty jesteś taki słodziutki Benjamin.
Blondyn natychmiast oblał się rumieńcem i cofnął się o kilka kroków w tył na bezpieczną odległość. Wiktor jednak go nadal hipnotyzował swoimi zielonymi oczami.
Charles chrząknął, a Vicky  przeniósł wzrok na niego . Zamachał całym plikiem karteczek
- Pomożecie, bo ja nie wiem co do czego? – jęknął przybierając najbardziej nieogarniętą minę z możliwych.
Już po chwili zaczęli wyrywać mu jego przepustki i tłumaczyć gdzie ma się z nimi udać, przekrzykując jeden drugiego, pytali także dlaczego do nich dołączył dopiero w drugiej klasie.

  Ten hałas przykuł uwagę Justina, który zerkał właśnie przez okno żeby zidentyfikować jego przyczynę.Teraz gdy wybrano go prefektem Bromham czuł się zobowiązany kontrolować na bieżąco sytuacji domu, który znajdował się pod jego opieką. Wstał i podszedł do okna by spojrzeć w dół na zbiorowisko mieszkańców Bromham przed budynkiem. W centrum wydarzeń wydawał się chłopak, który zieloną bluzką, czerwonymi spodniami i różową walizką burzył spokój brązów szarości i zieleni, które królowały wśród innych uczniów.  Intruz machał teraz swoimi papierami, które wyrywali mu jego koledzy. Justin westchnął i położył ręce na szybie. Właśnie docierało do niego kto to jest i wcale ta perspektywa go nie cieszyła.
- Kolorowy ptak.
Powiedział to na głos tak by jego przyjaciel mógł usłyszeć. Mark siedział w głębi pokoju na łóżku i pomagał mu uporządkować raporty które trzeba było zrobić pod koniec tygodnia.
- Przyleciał jakiś ptak?- zainteresował się.
- Nie – Justin pokręcił głową-Sam zobacz.
Mark zaciekawiony podszedł do okna położył rękę na ramieniu Justina i zerknął w dół
-  Uuuuuuuuuuu- jęknął – To będzie wesoło.
- Kto go tu przyjął ?- zastanawiał się zirytowany Justin- Ta komisja naprawdę zaczyna obniżać poziom, niedługo wszyscy z ulicy będą mieli prawo wstępu do Bedford.
- Wiesz – zaśmiał się Mark- Bogaci ludzie, nawet ci z najlepszych rodzin, mają różne dzieci. Dziwne jest co innego- zastanowił się przez chwilę- Dlaczego pojawia się Bedford dopiero w drugiej klasie?
Justin musiał mu przyznać rację, rzeczywiście nie było to normalne tak samo jak strój tego chłopaka. Wrócił do biurka i ustawił prosto książkę która się przesunęła. Milczał przez chwilę patrząc na nią.
- Mark ten kolorowy ptak, zajmie jedyne wolne łóżko w naszym domu.
Nie spoglądał na przyjaciela tylko długopisem stukał o kartkę papieru. Miał nadzieje, że niczego nie będzie musiał tłumaczyć, bo ta złość w nim się gotowała już od dwóch dni kiedy dowiedział się jakie będą dla niego konsekwencje obecności dodatkowego ucznia.
- Justin, ale u nas nie ma wolnej miejscówki- rozradowany po krótkim przeglądzie stwierdził Mark.
- No jest – burknął niezadowolony -Mark jest- spojrzał teraz na niego- To łóżko jest przecież wolne od kilku lat- Justin wskazał brodą tapczan w drugim rogu pokoju. Opuszczone łóżko pod ścianą bez przydziału od kilku lat.
Mark otworzył usta. Patrzył na prefekta zdezorientowany.
- Justin ale ty przez tyle lat z nikim nie chciałeś mieszkać?
- Teraz nie mam innego wyjścia- ze złością wstał i spojrzał na przyjaciela – Skończyłeś już?
Mark zebrał papiery i jeszcze raz przejrzał przed wręczeniem ich Justinowi. Chciał mu powiedzieć coś na pocieszenie.
- Justin ty tak świetnie sobie radzisz z ludźmi, spokojnie ustawisz nowego.
Wierzył w możliwości Justina bo znał go prawie od 7 lat. I był to najbardziej odpowiedni człowiek do tego by wprowadzić sprawiedliwy dryl jeśli zajdzie potrzeba. Najlepszy kapitan drużyny rugby jakiego mieli od lat. Trochę może za bardzo pedantyczny ale odpowiedzialny aż do bólu, sprawiedliwy i uczciwy. Poza tymi wszystkimi cechami posiadał tą jedną, która pozwalała mu się czuć  zawsze w Bedford bezpiecznie, mógł w każdej sytuacji na niego liczyć. Od tylu lat wiedział, że nic mu nie grozi bo Justin jest w pobliżu. Kiedy byli jeszcze mali stawał przecież zawsze w jego obronie, nawet jeśli przeciwnikami okazywali się starsi rocznikowo uczniowie. Jego pewność siebie, jego poczucie godności i sprawiedliwości budziły powszechny szacunek w cieniu którego mógł też swobodnie funkcjonować Mark  jako ktoś kto się znajduje pod opiekuńczymi skrzydłami Justina.

Podniósł się do wyjścia, ale jednak nie mógł się powstrzymać i powiedział to co leżało mu na sercu.
- Jak trzy lata temu ci proponowałem ze przeprowadzę się do ciebie nie chciałeś, teraz na dwa lata zamieszkasz z kimś obcym.
Wypomniał mu to, ale Justin przyjął zupełnie obojętny wyraz twarzy.
- Przecież wiesz, że najlepiej czuje się w swoim towarzystwie, nic na to nie poradzę, że jestem samotnikiem.
Wzruszył ramionami. Mark zapatrzył się w tą z pozoru obojętną twarz. Justin każdego mógł oszukać ale nie jego, dzisiaj  pod maską zobojętnienia panoszyła się wściekłość.
Ktoś zastukał w drzwi i nacisnął klamkę. Do pokoju najpierw wjechała różowa walizka , a za nią wtoczył się Wiktor wraz ze swoim ogromnym podręcznym bagażem.
- Czołem- przystawił rękę do czoła jakby salutował i ciekawie zaczął się rozglądać po pokoju.
- Hej – odpowiedział mu ciemnowłosy wysoki chłopak kierując się do wyjścia, ale rzucił jeszcze w drzwiach-To ja uciekam. Jestem Mark, witaj Bedford w Bromham.
Wiktor posłał mu jeden z najbardziej promiennych uśmiechów, ponieważ Mark z pewnością na to zasługiwał,  był pierwszym człowiekiem, który miło przywitał go w tym miejscu.  Rozejrzał się uważnie po dość dużym pokoju i zlokalizował łóżko w drugim końcu pomieszczenia.
- To moje ? –zadał retoryczne pytanie , nie czekając na odpowiedź,  podszedł do łóżka i rzucił się na nie,  zakładając ręce za głowę. Specjalnie unikał patrzenia w kierunku tego ciemnego blondyna, który sterczał po drugiej stronie pokoju. Od razu po przekroczeniu progu, po zaledwie sekundzie zidentyfikował go i z całą pewnością mógł powiedzieć, że był to jeden z najprzystojniejszych facetów, którego zobaczył dzisiejszego dnia.
- Och – westchnął „Bosko” wyciągając się na łóżku.
Uniósł się natychmiast do pozycji półleżącej, jakby sobie coś właśnie przypomniał. Napotkał wzrok Justina, który cały czas go obserwował. Nic mu nie uszło uwadze z tego co się rozgrywało. Denerwowało go nie tylko jak ten chłopak wyglądał, ale przede wszystkim jak się zachowywał. Najgorsze były jednak te spustoszenia, które zaczęły się pojawiać w jego  idealnej samotni. Widział ten ściągnięty dywan od przesuwanej walizki, brudne buty na łóżku i ciągle głupio roześmiana twarz chłopaka, który koniecznie chciał się jednak przedstawić.
- Wiktor jestem.
Uniósł brwi bo Justin nie odpowiedział, tylko nadal wpatrywał się w brudne buciory tkwiące na tapczanie.
- Posiadasz jakieś imię, pseudonim albo coś czym bym mógł cię określać?
Odpowiedziała mu cisza. Podążył za wzrokiem Justina i odruchowo spuścił nogi z łóżka.
- Ok, zrozumiałem.
Wiktor pomyślał,  że takich dupków też umie przetrzymać, dlatego nie spuszczał spojrzenia ze swojego nowego współlokatora, zaczął podnosić się z łóżka. Obserwowali się przez chwilę mierząc się wzrokiem, ale to prefekt Bromham pierwszy nie wytrzymał naporu zieleni, która mu fundował Wiktor. Tym bardziej, że chłopak powoli zaczął się zbliżać w jego stronę. Ciemne włosy , ciemna oprawa oczu robiła niesamowity kontrast gdy się tonęło w tej zieleni. Justin pomyślał,  że tylko raz widział taki odcień zielonego kiedy był z rodzicami ma Szeszelach. Kiedy Vicky stanął bardzo blisko unikając jego wzroku wyciągnął w jego kierunku znienacka rękę.
- Justin Wiliam Henry Richard Russell
Wiktor był pod wrażeniem, przytrzymał ciepłą dłoń Justina i od razu skomentował
- Moi rodzice nie mieli tyle fantazji. Ja jestem jedynie Wiktor James Hamilton. Myślę jednak, że zakładali, że wyrośnie ze mnie głupek który nawet nazwiska nie będzie w stanie spamiętać. Co?
Spojrzał przestraszony na prefekta, który teraz utkwił ponownie w nim wzrok pełen napięcia- Za dużo gadam- Sam zdiagnozował- Dobrze czy mógłbyś mi powiedzieć które to są moje rejony w szafie i już zamilknę.
- Puść moją rękę.
Wiktor wyszczerzył zęby i uwolnił dłoń Justina. Prefekt minął go bez słowa i otworzył podwójne drzwi szafy. Wskazał część należącą do Vickiego. Potem zaczął przesuwać dywan by go wyprostować. Wiktor już właśnie siedział przed swoją połówką szafy , ze złączonymi dłońmi jak do modlitwy, zaczął zastanawiać nad tym czy zmieści wszystkie ciuchy , bo było naprawdę niewiele miejsca. Zerknął na równo poukładane rzeczy Justina.
- Oooo- krzyknął – masz taki strój do rugby w żółto czarne pasy , bosko- Wyciągnął rękę by sięgnąć po bluzę.
- Stop – wrzasnął Justin. Ręka Wiktora zawisła w powietrzu.
- Ustalmy kilka reguł – powiedział spokojnie prefekt. Usiadł na krześle i splótł ręce na piersi patrząc obojętnym wzrokiem w kierunku Wiktora, recytował jakby od dawna miał wszystko przygotowane.
- Pierwsza, nie dotykasz moich rzeczy, żadnych rzeczy- nacisnął na słowo żadnych- Druga zasada- wstał i przesunął jeszcze dywan do siebie - To jest granica którą nie przekraczasz, tylko w chwili zagrożenia życia wchodzisz na moją połowę, rozumiesz ?
- Czyjego życia? – chciał doprecyzować wszystko Vicky- mojego, twojego czy kogoś innego?
- Obojętnie – wycedził przez zęby Justin.
Wiktor kiwał głową mrużąc oczy, lustrował ten taniec Justina po pokoju.
- Trzecia zasada- nie słuchasz muzyki za głośno, albo najlepiej wcale- teraz spacerował po pokoju, z założonymi rękoma do tyłu-  Czwarta zasada nie przeszkadzasz mi się jak uczę, a najlepiej jak pójdziesz do pokoju wspólnego odrabiać zadanie domowe, ja nie potrafię się nigdzie skupić poza tym miejscem.  Piąta nie wtrącasz się w moje sprawy, nie udzielasz interesantom żadnych informacji.
- Jakim interesantom?
Justin uniósł rękę na znak, żeby mu nie przerywano.
- Szósta nie może być więcej niż dwóch gości u ciebie. Siódma – utrzymujesz porządek na swojej połowie pokoju.
Justin westchnął, ale wydawało mu się, że wszystko wyjaśnił w miarę jasno. Pewnie zapomniał o mnóstwie reguł, którymi powinien objąć Wiktora ale na razie te wystarczą. Priorytetem jest spokój i to żeby nie dotykał jego rzeczy.
Wiktor usiadł na łóżku i zaczął rozpinać swoją torbę.
- Ja też chce ustalić kilka rzeczy. Właściwie chce abyś przestrzegał trzech reguł –zaczął siłować się z poupychanymi bluzkami, które najpierw nie chciały się spakować a teraz nie chciały opuścić torby, spojrzał  na moment na Justina, który z uwagą go słuchał więc poinformował go zwięźle- Nie wtrącaj się w moje życie, nie komentuj tego z kim się zadaje, i najważniejsze – uniósł palec w celu podkreślenia tej zasady -nie zakochaj się przypadkiem we mnie.
Po tych słowach przytrzymał jego wzrok, badając reakcję Justina. Prefekt zrobił wielkie oczy i zaczął mrugać bardzo szybko. Tak bezczelnego głupiego i gadającego od rzeczy chłopaka w życiu nie widział. a potem pod wpływem zmieszania, którego nie mógł ukryć, wybuchnął śmiechem. Śmiał się tak, że aż łzy popłynęły z jego oczu. Wiktor uśmiechał się także do niego, rozbawiony całą sytuacją, a najbardziej tym, że kolejny napuszony paw w tej szkole go nie docenia. Zdjął kurtkę  i przeciągnął się jak kot, nie przestając się uśmiechać do zszokowanego Justina. Właśnie podjął decyzję, że będzie się dobrze bawił w jego towarzystwie, pomimo tego, że jego współlokator wygląda na totalne zabetonowany egzemplarz  ale on tak strasznie lubił uczyć pływać.

Poza tym spodobał mu się ten śmiech, uchwycił w nim nutę strachu w którą z pewnością będzie się uważnie wsłuchiwał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz